Wergeld królów

Wergeld królów Wyobraźcie sobie miasto Rzym z wodociągami i kanalizacją, miejskim transportem konnym i mostami na żelaznych przęsłach. Wyobraźcie sobie legiony rzymskie wyposażone w lunety, kompasy i broń palną, wyruszające na podbój sąsiednich krain. Wyobraźcie sobie niewzruszone Imperium, którego dotychczasowy, oligarchiczny system społeczny został nagle zakwestionowany. Oto narodziny Nowego Porządku, który wyznaczają, niczym kamienie milowe: przedsiębiorczość, postęp techniczny i wolność osobista. Oto świat, któremu już nie zagraża upadek, albowiem jego władcami nie będą ci, których znamy z podręczników historii. Oto epoka, w której umierają stare i rodzą się nowe prądy umysłowe, zaś religie, które szykowały się do opanowania milionów umysłów, dzielą losy dawno zapomnianych, wymarłych kultów. Oto Cesarstwo ...

 

Rzymskie u progu intelektualnej, społecznej i technologicznej rewolucji. Jej wynikiem będzie pierwsze w dziejach świata kapitalistyczne Imperium.
Na stronach ?Oium?, w atmosferze przesyconej mistycyzmem schyłku starożytności, rozgrywa się fascynująca opowieść o obywatelach Rzymu i mieszkańcach Barbaricum, zaplątanych w Wielką Historię, która nie zamierza eksperymentować na tysiącleciach i dziesiątkach pokoleń.

Oium ? mityczna kraina na północnych wybrzeżach Morza Czarnego, do której dotarli Goci w swojej wędrówce ze Skandynawii; tutaj: synonim personifikacji rzymskich bóstw ? Fortuny i Abudantii, symboli powodzenia i obfitości.

 

Dlaczego Napisałem

Bo pogański Rzym jest dla mnie kwintesencją indoeuropejskiego antyku, na którym została ufundowana zachodnia cywilizacja. Przede wszystkim Europa, z jej przodującą techniką, filozofią natury i prawami człowieka. Dlaczego więc starożytny Rzym nie przetrwał? Dlaczego załamał się ekonomicznie, uległ militarnie, a społeczeństwo tak łatwo zasymilowało semicki monoteizm?

W znakomitej książce ?Historia społeczna starożytnego Rzymu? jej autor, Geza Alföldy, w pewnej chwili pyta, dlaczego starożytny Rzym nie przekształcił się w kapitalistyczne mocarstwo, skoro w pewnym momencie miał ku temu wszelkie podstawy? Autor nie udziela odpowiedzi, pozostawiając nas z tym intrygującym pytaniem. A tymczasem odpowiedź sprowadza się do stwierdzenia ? bo nikomu na tym nie zależało. Nie wykształcił się żaden mechanizm, który uruchomiłby proces akumulacji kapitału nie poddany bezpośredniej kontroli cesarstwa, a w ślad ...

za tym nie powstała żadna grupa społeczna, która byłaby zainteresowana demontażem (pokojowym lub krwawym) dotychczasowego ustroju opartego na niewolnictwie. Reasumując ? skoro niewolników było pod dostatkiem, to po co machiny parowe?

A co, gdyby stało się inaczej? Gdyby zabrakło niewolników, a obywatele Imperium byliby wolni? Co wtedy? Jak wyglądałby dzisiaj nasz świat?

?Oium ludu rzymskiego? jest moją prywatną wizją początków świata, któremu nie dano szansy, by mógł zaistnieć i przetrwać.

 

Kiedy zastanawiałem się jak napisać ?Oium ludu rzymskiego?, od razu przyszła mi do głowy ?Wojna galijska? Juliusza Cezara, który swoje ? jakby nie patrzeć ? dzieło literackie rozpoczął stwierdzeniem: ?Galia dzieli się na trzy części?? Właśnie taki był język zdecydowanej większości piszących Rzymian ? surowy i beznamiętny. Cezar, polityk i żołnierz, nie był tu wyjątkiem. Dla potwierdzenia, Tacyt - najwybitniejszy rzymski historyk, a tym samym jeden z największych pisarzy starożytności ? wzorował się na stylu poprzednika sprzed stu lat, Azyniusza Polliona: również twardym i suchym.

Oczywiście dzisiaj nie da się już w ten sposób napisać żadnej książki traktującej o losach Rzymian, nawet tych wymyślonych. Dlatego w ?Oium ludu rzymskiego? postanowiłem zaprząc do narracji pierwszą osobę, przede wszystkim po to, żeby złożyć głęboki ukłon współczesności, a bohatera - Marka Lentiwiusza Katellę, Rzymianina z wymyślonej przeszłości ? tak bardzo, jak tylko to możliwe, przybliżyć nawet tym mniej wyrobionym czytelnikom. Jednocześnie nie mogłem się oprzeć pokusie minimalnej choćby stylizacji ? co mam nadzieję zostanie właściwie zrozumiane - mając w pamięci uznanie Polliona dla Oktawiana Augusta za imperatoria brevitas ? cesarską zwięzłość jego nieśmiertelnych ?Res gestae?.

 

jak powstawała okładka

Mapa Expeditio Germanica Quarta

Kliknij miniaturę mapy, aby zobaczyć miejsca z książki!

Mapa Expeditio Germanica Quarta

fragmenty książki

fragment książki

PROLOG

Ile ludzkich głów można ściąć wyszczerbionym mieczem od zachodu słońca do zapadnięcia kompletnych ciemności? Dwadzieścia? Trzydzieści? Pięćdziesiąt? Ile razy omdlewająca ręka, zbrojna w zakrwawione żelazo, może wznieść się do góry, nie wywołując przenikliwego bólu w barku? Sto? Dwieście? Trzysta? Ile razy miecz może spaść na coś, co nie jest ani twarde, ani miękkie, a ustępując pod ciosem, jak zmurszały pień, wydaje dźwięk niepodobny do żadnego innego, znanego dźwięku?

Krew, wszędzie krew?

I cisza? Żadnych krzyków, błagania o litość? Ciała martwe już przed śmiercią? Zastygłe twarze? Puste spojrzenia wbite w pokrytą śniegiem ziemię?

Zgromadzono ich tutaj, żeby dokonać egzekucji. Trzy tysiące mężczyzn i chłopców, pojmanych w czasie wojny, której w ogóle się nie spodziewali, bo przyszła do nich w samym środku zimy.

Łoskot spadających głów? Przewracające się, zdekapitowane ciała? Szemrząca, stygnąca krew?

To był mój pomysł ? wyruszyć pomimo trzaskającego mrozu, przedostać się przez zasypane śniegiem lasy i wzgórza, zacisnąć pierścień okrążenia wokół ich wiosek, a potem rzucić na nich trzy legiony i jazdę oddziałów pomocniczych. I patrzeć jak palą, łupią, zabijają? Jak mszczą się za głód i odmrożone palce u stóp? Jak gwałcą? Jak biorą w niewolę... Jak toczą tę przeklętą wojnę, której wszyscy chcieli, ale nikt ? oprócz mnie ? nie miał odwagi zakończyć.

I oto nadszedł jej koniec.

Niedobitki ocalałych, długowłosych Asdingów korzą się przede mną, błagając o litość dla swoich kobiet i dzieci. Rozkazuję więc na początek ściąć im te długie włosy, żeby bogowie północy już nigdy więcej nie mieli ich w swojej opiece. Żeby jedynym bóstwem, budzącym w nich strach i trwogę, był bezlitosny i wszechmocny rzymski cezar. Nasz Imperator, a pan ich życia i śmierci.

W zapadającym zmroku przechadzam się między jeńcami, paradując w ciepłym palium, obszytym imperatorską purpurą. Ja ? namiestnik jedynego, prawdziwego boga. Dla przykładu wybieram z tłumu mężczyznę o najbardziej hardym spojrzeniu, prowadzę go na bok i rzucam w stertę śniegu. Pytam go o jego imię, a kiedy nie odpowiada, wyciągam ciężki samopał przytroczony do siodła któregoś z oficerskich wałachów i jednym celnym strzałem, prosto w zawszoną głowę, niczym skryba zatrzaskujący księgę, kładę go trupem ? ostatniego, niepokornego barbarzyńcę po południowej stronie Karpat.

Setki par oczu patrzą na mnie z napiętą uwagą. Triumfujący Rzymianie, sprzymierzeni Jazygowie i upokorzeni Wandalowie czekają, co jeszcze się wydarzy. Paraliżuje ich aura trwogi, którą roztaczam wokół siebie. Odchodzę na bok i usuwam krew z dłoni, używając do tego płatów zmrożonego śniegu. Moje nozdrza drażni zapach prochu, wydobywający się z samopału. Dyszę niczym wilk nad ciałem ofiary, ale nie mam już dość sił, żeby zrobić cokolwiek.


WERGELD


Obudziło mnie bolesne pulsowanie w barku, które ustąpiło dopiero, gdy przewróciłem się na wznak. Leżałem w tej pozycji jakiś czas, aż poczułem stopniową ulgę. Ból ustępował, pozostawiając po sobie tylko mrowienie w prawej dłoni. Kiedy byłem już w stanie poruszyć palcami, otworzyłem oczy.

Ilda siedziała w przeciwległym rogu komnaty twarzą do paleniska. Rozczesywała włosy, przyglądając się płomieniom, które buzowały wśród wilgotnych, brzozowych bierwion. Miała nagie plecy, odsłonięte tak nisko, że prawie widziałem jej pośladki.

- Znowu tam byłeś ? powiedziała nie odwracając się.

Usiadłem na łóżku.

- Mówiłem coś przez sen?

Spięła włosy w kok kilkoma szpilami, zasznurowała lnianą suknię i podeszła do łóżka, siadając ostrożnie na jego skraju. Spoglądała na mnie długo i uważnie. Jej brązowe oczy lśniły.

- Wołałeś go.

- Kogo? ? przetarłem twarz dłońmi.

- Mojego brata.

Wstałem i umyłem się w drewnianej misce, rozchlapując wodę na podłogę. Przegryzłem plaster rzepy, żeby wyczyścić zęby i odświeżyć oddech. Przyczesałem włosy i przystrzygłem brodę. Ilda podała mi ciepłe, germańskie spodnie i wełnianą tunikę z długimi rękawami oraz wsunęła na mały palec prawej dłoni złoty pierścień z podobizną cezara. Cierpliwie czekała, aż nałożę buty, po czym otworzyła drzwi i przeszliśmy do tablinum. Pobieżnie rzuciłem okiem na porozrzucane dokumenty, które leżały na stole w takim samym nieładzie, w jakim je zostawiłem poprzedniego wieczora, gdy zniknąłem za drzwiami sypialni. Usiedliśmy z Ildą za stołem w rozświetlonym pochodniami triclinum, gdzie służba właśnie kończyła przygotowywać śniadanie.

- Ciągle za zimno, żeby jeść na dworze ? powiedziała.

Pogoda, jak zwykle w tych stronach, była zmienna. Zima, choć łagodna, nie zamierzała ustąpić, a ociągająca się, kapryśna wiosna, przynosiła raz południowe ciepło, a raz podmuchy chłodu z północy. Wysoko w górach, na trawiastych szczytach tej części Karpat, ciągle jeszcze leżał śnieg.

Śniadanie składało się z przaśnego chleba i źródlanej wody. Było skromne, bo obiecałem Ildzie, że wezmę udział w pogrzebie jej ojca. Zgodnie z tradycją Asdingowie pościli w dniu kremacji. Nie miałem zamiaru zachowywać się jak przesądny barbarzyńca, ale wergeld, jaki na mnie nałożono, wymagał minimum szacunku dla Ildy i obyczajów jej przodków. Prawda o mnie i Ildzie wyglądała tak, że zrobiłbym to dla niej i bez wergeldu.

Kremacja miała się odbyć w samo południe, na cmentarzysku, położonym w pobliżu osady Asdingów. Osadę zamieszkiwali ci, którym swego czasu w zamian za obietnicę wiernej służby cezarowi, pozwolono zachować wolność. Teraz, po latach, zgodnie z edyktem tego samego cezara, wczorajsi wrogowie dołączyli do reszty pełnoprawnych, rzymskich obywateli. Ciągle mówili swoim językiem i samodzielnie wybierali przywódców, lecz to co najważniejsze, czyli podatki, płacili już Rzymowi. W zamian Rzym obdarował ich wyłącznością na dostawy żywności dla wojska oraz przywilejami handlowymi w kontaktach z Barbaricum. Jak wszystkim pozostałym obywatelom zapewnił również bezpieczeństwo i udział w prowincjonalnych rządach. Za moim wstawiennictwem Asdingom pozwolono nawet z powrotem zapuścić długie włosy.

Ilda milcząco przyglądała mi się z ukosa.

- Dostaniesz wiadomość ? powiedziała w pewnej chwili.

- Wiadomość?

- Jesz obiema rękami naraz ? wyjaśniła.

Uśmiechnąłem się niewyraźnie.

- To jakaś wróżba?

- Naprawdę chcesz jechać ze mną? ? zapytała.

- Gdybym był Asdingiem, pojechałbym?

- Musiałbyś.

Skończyłem jeść śniadanie. Założyliśmy z Ildą płaszcze i wyszliśmy przed pretorium. W nocy musiał padać deszcz, bo dachy budynków były mokre. Maksimo, mój magister officiorum, okutany w wełnianą penulę, czekał na brukowanym dziedzińcu, trzymając za wodze dwa osiodłane konie. Służba przyniosła pas z samopałem, ale nie przyjąłem go. Zaniepokojony Maksimo podszedł bliżej. Wczoraj wieczorem poinformowałem go, że nie wezmę eskorty, a teraz odmówiłem przyjęcia broni. Z jego kwadratowej twarzy wszystko można było wyczytać. Spoglądał na mnie spode łba, jakby chciał mnie złajać.

- On był ojcem Ildy ? powiedziałem, starannie oddzielając słowa. ? Ilda jest moją żoną. Jej dzieci adoptowałem. Szacunek nakazuje, abym pożegnał sędziego, który nałożył na mnie wergeld.

Milczał, obrażony do żywego.

- I nie waż się kogokolwiek za mną wysyłać ? ostrzegłem go.

Gdzieś w głębi obozu legionowego odezwały się trąbki sygnałowe. To ostatnia zmiana nocnej straży kończyła swoją służbę. Dosiadłem konia, zaczekałem, aż Ilda zrobi to samo i powoli wyjechaliśmy na przestronny dziedziniec kwestury. Panowały tam jeszcze spokój i cisza, a pośrodku obozowego forum czuwał, niczym wartownik, spiżowy posąg cezara. Krótkim odcinkiem wyłożonej kamiennymi płytami via pretoria dotarliśmy do przecinającej ją via principalis, wzdłuż której stały murowane kwatery trybunów i skierowaliśmy się do bramy południowej, gdzie właśnie trwała zmiana warty. Rozprowadzający centurion oddał mi honory i rozkazał otworzyć bramę. Za ciężkimi wierzejami ujrzeliśmy brukowaną drogę, prowadzącą ku niewysokim wzgórzom, które porastały bukowe i świerkowe lasy. Ruszyliśmy obok siebie, Ilda i ja, zajmując całą szerokość gościńca.

Jak zwykle o poranku kilkakrotnie musieliśmy ustąpić miejsca kupieckim wozom zmierzającym do obozu, po czym skręciliśmy w boczną, piaszczystą drogę. Wspinała się ostrymi zakosami przez ciemny, wilgotny, świerkowy las, od którego wiało przejmującym chłodem. Spomiędzy drzew dobiegały nawoływania ptaków.

- Sójki wypatrują wiosny - powiedziała Ilda.

Wydostaliśmy się na całkowicie pozbawiony drzew ? efekt wichury sprzed kilku lat ? szczyt kopulastego wzgórza. Roztaczał się stamtąd widok na obóz i rozrastający się wokół niego zalążek rzymskiego miasta, które wzięło swój początek z położonych za murami obozu tymczasowych kwater, zamieszkanych przez obsługujących wojsko kupców i rzemieślników.

Przez chwilę przyglądałem się w milczeniu miejscu, które każdej zimy zamieniało się w mój dom. Na mapach oznaczone było jako Vandalia. Trwało na położonym poniżej nas rozległym trawiastym płaskowyżu, niczym zrzucona z niebios foremna i nienaruszalna struktura, przemyślana i dostojna, widomy znak obecności Rzymian, ich gwałtownie rozrastającego się Imperium. Nad obozem unosiła się niebieskawa chmura dymu z pieców i palenisk, wyraźnie odcinająca się od mlecznych, porannych mgieł pogórza. Udało mi się wyłowić z ciszy pobrzękiwanie metalu dochodzące z obozowych warsztatów.

Zjechaliśmy w dolinę, której środkiem płynął jeden z dopływów Tisii, rzeki biorącej swój początek w Karpatach i zmierzającej na południe, ku Danubiusowi, wyznaczającemu do niedawna północną granicę rzymskiej państwowości. Rzeka Tisia, niczym naturalna oś wodna dzieliła na dwie połowy ? wschodnią i zachodnią ? Sarmację, nową rzymską prowincję powstałą po wieloletnich, krwawych wojnach, toczonych z zawziętością nieznaną od pokoleń. Ta najnowsza zdobycz terytorialna, wciśnięta między podbite dużo wcześniej Pannonię i Dację, górzysta na północy i stepowa na południu, była przedmiotem dumy senatu i ludu rzymskiego. Oto bowiem znowu, po stu latach, zupełnie jak za czasów boskiego Trajana, nienasycone Imperium sięgało po każdą, nie podporządkowaną mu dotąd piędź ziemi. Rzymskie legiony znów przekraczały graniczny limes, by podbijać i przywłaszczać. Znów rozkoszowano się zdobytym zbożem, złotem, futrami oraz rudami żelaza. No i niewolnikami, rzecz jasna, tym najwspanialszym darem Barbaricum, owym mówiącym narzędziem, bez którego żadne inne bogactwo nie mogłoby cieszyć oczu wolnych ludzi.

Wąska z początku dolina rozszerzyła się po przejechaniu kilku mil. Na jej łagodnych zboczach pojawiły się zaorane pola, przygotowane pod wiosenne uprawy, a na łąkach, podchodzących do samego brzegu rzeki, pasły się stada owiec i pojedyncze sztuki bydła. Dostrzegliśmy pierwszych mieszkańców doliny. Mężczyźni nosili długie spodnie i przepasane koszule, a kobiety suknie spięte na ramionach fibulami. Kilkoro bosych dzieci wybiegło nam naprzeciw i towarzyszyło w wędrówce, trzymając się z dala od wierzchowców. Na południowym, łagodnie pochylonym zboczu doliny ujrzeliśmy wieś, złożoną z kilkudziesięciu chat i zabudowań gospodarczych. Wiedziałem, że podobne osady znajdują się także dalej, w głębi doliny, za zakrętem rzeki, a w dorzeczu górnej Tisii można było znaleźć jeszcze kilkanaście takich skupisk osadniczych. Niespełna sto lat temu  mieszkańcy tych wsi zajmowali ziemie po północnej stronie Karpat, ale nacisk Gotów z jednej strony i nęcąca bliskość rzymskich granic z drugiej, kazały im przekroczyć góry w poszukiwaniu bezpieczeństwa i dostatku. Traf chciał, że nie znaleźli ani jednego, ani drugiego. Wojny z Rzymem i wrogimi ludami pogranicza osłabiły ich potęgę, a ostateczny cios zadany podczas Expeditio Germanica Tertia sprowadził ich liczebność do połowy stanu sprzed podjęcia migracji. Dopiero wtedy, z przetrąconym kręgosłupem, osłabieni i upokorzeni, znaleźli to, czego szukali. Żaden z ich wojowniczych wodzów sprzed kilkudziesięciu lat nie przypuszczałby, że to, czego najbardziej się obawiali, czyli rzymska niewola, przyniesie im to, czego najbardziej pragnęli ? pokój i dobrobyt, a tym samym kres wędrówki szlachetnego ludu Długowłosych.

Kiedy dotarliśmy do wsi, gdzie mieszkała rodzina Ildy, było już prawie południe. Powitało nas żałobne zawodzenie kobiet, które rozpuściły włosy i poczerniły twarze popiołem. Przed chatą, gdzie na wielkich, drewnianych marach spoczywały, przybrane w biel zwłoki ojca Ildy, siwowłosego Rapta, zebrał się kilkusetosobowy tłum. Przewodził mu Rag, młodszy brat zmarłego, uznawany przez Asdingów za rejksa ? króla całego ludu. W ubiegłym roku zaproponowałem mu, aby reprezentował wszystkich Wandalów, żyjących po tej stronie Karpat, w utworzonej przeze mnie kilka lat wcześniej radzie prowincji. Po uzyskaniu zgody starszyzny Asdingów i zasięgnięciu opinii Wiktofalów i Lakringów, pobratymczych, niewielkich, wandalskich plemion, żyjących na pograniczu z Dacją, Rag przyjął moją propozycję. Może i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przed laty spaliłem jego wieś i osobiście uśmierciłem jego synów. Ryzykowałem więc życiem i powagą urzędu, zapraszając go do współpracy. Z decyzji Raga wynikało jednak, że potraktował on moją propozycję po prostu jako spłatę części wergeldu, który nałożył na mnie najwyższy sędzia Asdingów, jego brat ? Rapt.

- Witaj, namiestniku ? pozdrowił mnie Rag.

- Witaj ? odpowiedziałem, zeskakując na ziemię.

Ilda stanęła u mojego boku, cicha i spięta, zupełnie jakby za chwilę miało wydarzyć się coś złego. Tłum żałobników wokół nas zgęstniał, żeby lepiej nam się przyjrzeć. Zabrano nam konie. Poczułem zapach niemytych ciał, wygarbowanych zwierzęcych skór i dymu z ogniska. Ktoś podał mi dzban ze zmętniałym, jęczmiennym alkoholem. Pociągnąłem kilka łyków. Prawie się zakrztusiłem, taki był mocny.

Rag dał znak mężczyznom, którzy unieśli mary ze zmarłym Raptem. Uformował się pochód, na czele którego podążały zawodzące kobiety, a za nimi bezładny tłum żałobników. Szedłem z czujną Ildą u boku, zaraz za trzema owdowiałymi żonami Rapta, z których żadna nie była matką Ildy, a wszystkie wyglądały na dużo od niej młodsze. Za nami podążał ponury Rag i starszyzna plemienna, otoczona przez przekrzykujących się Wandalów. ?Wracaj, bracie, skąd przybyłeś!? ? tak brzmiały najczęściej powtarzane przez nich słowa.

Dotarliśmy do drewnianego mostu na rzece, który co roku trzeszczał pod naporem wiosennego przyboru wód i który co roku Wandalowie naprawiali, korzystając z umiejętności swoich synów służących w kohortach rzymskich wojsk pomocniczych. Po drugiej stronie rzeki, w miejscu oddzielonym od łąk bagnistym starorzeczem, na ogołoconym z drzew wzniesieniu, Asdingowie przed laty założyli cmentarzysko. O jego istnieniu świadczyły kamienie oznaczające groby, jakieś rozpadające się drewniane konstrukcje oraz ślady spalenizny w miejscach odbytych kremacji.

Mary z Raptem złożono na chybotliwej tratwie, która posłużyła jako środek transportu na drugi brzeg martwego zakola rzeki. Na tej samej tratwie na cmentarzysko przeprawili się: Rag, mężczyźni z rodziny zmarłego oraz starszyzna plemienna.

Kiedy tratwa sklecona byle jak ze świerkowych pni powróciła, Ilda pchnęła mnie w jej kierunku. Wskoczyłem na nią, aż zakołysała się niebezpiecznie. Po drugiej stronie czarnej jak noc wody czekał na mnie Rag. Obejrzałem się za siebie.

- Nie ? stanowczo zaoponował Rag. ? Ona dziś nie może zaglądać do Nifelhajmu.

Wziąłem kilka kolejnych łyków z dzbana, który ciągle trzymałem w ręce. Alkohol palił mi gardło i wyostrzał zmysły. Poszedłem w kierunku stosu, górującego nad cmentarzyskiem. Mary stały już na jego szczycie, a obok podnieceni mężczyźni uśmiercali konia i psa, oba należące do sędziego. Zwierzęta wyrywały się, jakby przeczuwając swój koniec. W powietrzu unosił się zapach krwi. Po chwili koński łeb wylądował na stosie, razem z martwym psem i osobistymi przedmiotami zmarłego. Zobaczyłem wśród nich naczynia, narzędzia i pogiętą broń. Któryś z mężczyzn zanucił pieśń, brzmiącą jak melorecytacja, w której rozpoznałem znane mi imiona oraz nazwy gór, rzek i strumieni. Prawdopodobnie przedstawiał życiową drogę, którą przebył Rapt. Potem inni mężczyźni, pociągając z dzbanów i bukłaków, dołączyli się do tego dziwnego monologu, dorzucając fakty i zdarzenia istotne z ich punktu widzenia. Wydawało mi się, że kilkakrotnie w gąszczu obco brzmiących słów usłyszałem swoje imię.

Rag skrzesał iskry i podpalił stos. Drewno zlane olejem zajęło się ogniem. Wszyscy cofnęli się, oddalając się od rozprzestrzeniającego się żaru i duszącego dymu. Sędzia Asdingów odchodził w zaświaty wśród burzy szalejących płomieni.

Byłeś dziwnym człowiekiem, Rapt, czułem uderzający mi do głowy alkohol. Zalęknionym barbarzyńcą, który uroił sobie, że uszczknie coś z prześwietnego Imperium. Ale jednocześnie byłeś wielkim sędzią, dbającym o przyszłość swego ludu. Dobrym ojcem dla dzieci, kochającym, lecz wymagającym. Byłeś najprawdziwszym Wandalem, Rapt. Asdingiem, który po stokroć zasłużył, żeby nawet po śmierci nosić długie włosy.

- Czy wiesz, namiestniku, że nasze prawo nie umiera razem z naszymi sędziami? ? usłyszałem tuż przy swoim uchu szept Raga.

Z początku nie zrozumiałem o co mu chodzi.

- Dla nas Rapt umarł, ale nie umarł wergeld nałożony przez niego ? objaśnił.

Spojrzałem w jego błyszczące oczy.

- Nie jestem od osądzania waszego prawa.

- Był czas, że go nie szanowałeś, namiestniku.

- Bo go nie znałem.

Spojrzał na mnie jeszcze przenikliwiej.

- Ilda może przyjść tu jutro.

- To dobrze ? odparłem. ? Powinna wysypać ziarno na grobie ojca.

Ogień płonął, a wraz z nim doczesne szczątki Rapta. Dym unosił się wysoko nad stosem, kotłując się w nieruchomym powietrzu. Wandalowie obficie raczyli się alkoholem, pokrzykując i głośno pośpiewując. Pewnie nie oczekiwali, że do nich dołączę, ale od czasu do czasu poszturchiwali mnie, jakby zachęcając do udziału w uroczystości. Jednak to, czego byłem świadkiem, tak bardzo różniło się od moich dotychczasowych pogrzebowych doświadczeń, że ograniczyłem się jedynie do udziału w umiarkowanym pijaństwie.

Późnym popołudniem, gdy zawalony pod własnym ciężarem stos pogrzebowy zaczął dogasać, Rag i jego ludzie zlali go obficie wodą przyniesioną w wiadrach. Potem gołymi rękami zebrali w jednym miejscu prochy Rapta i wypełnili nimi duże, zdobione naczynie z brązu. Początkowo przyglądałem się tym zabiegom z daleka, ale w końcu zbliżyłem się i włączyłem się do penetrowania pogorzeliska. Znalazłem nadpalony fragment czaszki Rapta, podniosłem go z ziemi i tknięty jakimś niewytłumaczalnym przeczuciem dołożyłem do wypełnionej po brzegi urny. Wzbudziłem tym niekłamany aplauz Asdingów.

Opróżniłem dzban do dna i poczułem, że kręci mi się w głowie. Rag mówił coś do mnie, a ja do niego, ale nic z tego nie zapamiętałem. Potykając się, udałem się za nim do centralnej części cmentarzyska, gdzie w przygotowanej jamie grobowej umieszczono urnę z prochami Rapta. Wolną przestrzeń w dole wypełniono potłuczonymi szklanymi i glinianymi naczyniami oraz pogiętym i połamanym złomem żelaznym, a całość przysypano zwęglonymi szczątkami stosu.

Przez następną godzinę wszyscy biorący udział w ceremonii dopijali nad grobem resztki alkoholu, a potem żegnali się wylewnie ze mną i z Ragiem. Stałem obok niego, chwiejąc się na miękkich nogach, a świat wokół mnie wirował. Niedużo brakowało, bym zwymiotował. Zostaliśmy sami. Zbliżał się wieczór. Poczułem przenikliwy chłód. Trzeźwiałem coraz szybciej.

- Możesz przenocować w moim domu, namiestniku ? odezwał się Rag.

Pochwyciłem go za ramię.

- Nic się nie zmieni ? zapewniłem go. ? Nikt już nie odbierze Asdingom tego, co macie. Ja jestem gwarantem tego prawa. Nic więcej mnie nie obchodzi.

Ciągle wydawał się być niespokojny.

- Rzymskie prawo nie umiera wraz z cezarami ? próbowałem go uspokoić.

- Rzym i cezar są daleko ? odparł z powątpiewaniem ? i nie każdy jego namiestnik przyjmuje nałożony na niego wergeld.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

- Każdy dałby sobie nałożyć  t a k i  wergeld ? odpowiedziałem.


KOMMODUS

Kommodus pozwolił wreszcie Sammonikowi założyć nowy, czysty opatrunek. Obserwowałem go, a dziesiątki myśli tłukły mi się po głowie. Rana na potylicy cezara miała trzydzieści lat i wszystko wskazywało na to, że już nigdy się nie zagoi. Była straszliwą pozostałością po młodzieńczej, dziesięcioletniej bez mała, fascynacji życiem gladiatorów, która zakończyła się nieudolnie sparowanym ciosem. Podobno to ta rana od trzydziestu lat wywoływała zapaści cezara, po których prefekci pretorianów, prawnicy, kanceliści, legaci wojskowi, a przede wszystkim ?Grecy z Palatynu?, wszyscy bez wyjątku, jak natchnieni, zgodnie z wskazówkami cezara, odmieniali Imperium i życie jego mieszkańców. Następstwami, niezrozumiałych dla większości, okresowych nieobecności Kommodusa w życiu publicznym, były takie wiekopomne wydarzenia, jak nadanie nadzwyczajnych uprawnień rzemieślnikom i kupcom, zrównujących ich de facto ze stanem ekwickim, czy przyznanie obywatelstwa wszystkim wolnym mieszkańcom Imperium. Nie licząc, rzecz jasna, takich drobiazgów, odmieniających życie zwykłych ludzi, jak: lunety, termometry, samopały, wodociągi ciśnieniowe i hałaśliwe machiny napędzane parą, czyli słynne aeolipile Herona z Aleksandrii.

?Usta bogów?, ?Wieszcz?, ?Światło na końcu drogi? ? takimi tytułami obdarowywał prosty lud rzymski swojego władcę - Kommodusa. Niewiele rozumiał z tego, co dzieje się dookoła, lecz skwapliwie korzystał z przeszklonych okien, mechanicznych zegarów, miejskiego transportu konnego, pomp strażackich i publicznych toalet spłukiwanych wodą. Najbliższe otoczenie cezara, choć czasami podejrzewało w tym wszystkim boską interwencję, skupiało się na materializacji niesamowitych wizji swego chlebodawcy. Dzięki temu, dobrze na tym wychodziło. Równie dobrze wychodził na tym także sam Rzym i jego obywatele.

- Chcę, żebyś towarzyszył mi podczas podróży wzdłuż granic Imperium ? oświadczył Kommodus Antoninus.

Cezar często podróżował, bywał w Rzymie nie dłużej niż kilka miesięcy w roku. To nie Rzym i nie Italia były jego domem, lecz Imperium.

- Zamierzam przyjrzeć się twoim dokonaniom w Sarmacji, namiestniku.

- Jak sobie życzysz, cezarze. Zobaczysz Sarmację pogruchotaną przez wojny, lecz odzyskującą siły. Oczywiście północne pogranicze ciągle jest jeszcze wyludnione, zamieszkane głównie przez barbarzyńskie plemiona, ale wzdłuż dolnego i środkowego biegu Tisii osiedliłem już przeszło sto tysięcy kolonistów. Za dwa, trzy lata, będzie ich tam dwa razy tyle.

- Chcę odwiedzić najdalsze zakątki Imperium. Pragnę przyjrzeć się, jak układasz stosunki z pokonanymi barbarzyńcami. Byłoby niezwykle interesujące zorientować się, w jaki sposób wykorzystują nadane im przywileje.

- Płacą regularnie podatki, cezarze, a to już oznacza, że zasługują na to, co otrzymali w darze.

Kommodus zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem i skinął na Sereniusza Sammonika, który przysłuchiwał się naszej rozmowie.

- Dziękuję, medyku. Przyślij tu Agenora.

Sammonik spakował swoje narzędzia i opatrunki, po czym wyszedł. Agenor pojawił się niebawem, trzymając coś w dłoniach. Jego oczy, niczym oczy wiernego psa, spoczęły na Kommodusie.

- Pokaż mu to, Agenorze ? rzekł cezar, wskazując mnie ruchem głowy.

Grek przysunął trójnożny, składany stolik i postawił na nim przyniesiony. Był to szklany pojemnik, wypełniony cieczą, jakby zagęszczoną wodą, na powierzchni której unosił się niewielki, podłużny kawałek drewna z przymocowaną doń poprzecznie, metalową igłą. Agenor zdjął szklane wieczko i kilkakrotnie zakręcił drewienkiem, w prawo i w lewo. Podłużny wskaźnik za każdym razem wracał do swojego pierwotnego położenia.

- Wiesz co to jest? ? zapytał mnie cezar.

- Nie.

- Każdy z nas chciałby mieć coś takiego w głowie. Coś, co zawsze wskazywałoby ten sam kierunek. Coś stałego i pewnego. Otóż, to urządzenie, bez względu na to czy pada deszcz, czy świeci słońce, zawsze wskazuje tę samą stronę świata. Ponoć drzemie w nim dokładnie ta sama siła, tak przynajmniej twierdzi Agenor, która tkwi w żółtych kamieniach, zwanych electrum, sprowadzanych znad Oceanu Sarmackiego. Pewnie znasz je, bo Flawiusz Barbio z Akwilei twierdzi, że jesteś jednym z jego największych dostawców.

- Barbio mówi prawdę, cezarze.

- Jeszcze w tym roku wytworzymy tyle tych urządzeń, że sprezentujemy je każdemu centurionowi?

A więc jednak wojna, pomyślałem.

-?oraz wyposażymy w nie wszystkie nasze okręty. Wyobrażasz sobie armię, która zmierza we właściwym kierunku i flotę, która płynie do właściwego portu, bez względu na to, czy widać gwiazdy na niebie, czy ich nie widać?

- To niezwykły wynalazek, cezarze.

- Powstał dzięki Antoniuszowi Agenorowi, człowiekowi, który robi wszystko, żeby tylko zadośćuczynić rojeniom swojego cezara.

Zerknąłem na Agenora.

- Trajan miał na swoje usługi Apollodora z Damaszku, a ja mam Agenora z Antiochii ? ciągnął cezar. ? Śmiem twierdzić, że mój Grek jest po stokroć cenniejszy.

Antoniusz Agenor stał jak posąg i nic nie mówił.

- Agenorze ? odezwał się cezar. ? Przynieś moje ostatnie pismo do namiestnika Sarmacji.

Do mnie? zdziwiłem się w myślach. Siwowłosy Grek zniknął za drzwiami komnaty, by po chwili wrócić z pudełkiem wypełnionym rulonami korespondencji. Wyciągnął jeden z nich, przyjrzał mu się i podał mi go, uśmiechając się sam do siebie. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zobaczyłem ten sam list, o tej samej treści, skreślony tymi samymi, zgrabnymi literami? List cezara, wzywający mnie do Dacji? Jakbym cofnął się w czasie ? znalazłem się w wiosce Asdingów, podczas pogrzebu ojca Ildy?

Usłyszałem śmiech cezara.

- Ależ nie, namiestniku! To nie jest oryginał! Nikt nie grzebał w twoich rzeczach. Ale nie jest to też zwykła kopia. Możemy wytworzyć dowolną ilość pism o tej samej treści. Możemy wydać ten sam rozkaz na piśmie, w tej samej chwili, w dowolnej ilości egzemplarzy. A najciekawsze, że ja, autor tego pisma, mogę nie mieć w nim żadnego udziału, za wyjątkiem wydania polecenia jego przygotowania. Składam tylko podpis pod pieczęcią i to wszystko. Tak, tak, oczywiście, wiem, o czym myślisz. Zapewniam cię, że fałszerstwo jest niemożliwe. Urządzenie, które odciska litery tak zdumiewająco podobne do moich własnych, jest za każdym razem starannie zabezpieczane i nikt niepowołany nie ma do niego dostępu. Prefekt mojej kancelarii odpowiada za nie głową.

Oniemiałem. Urządzenie odciskające litery? Pismo, które nie musi wyjść spod ręki piszącego? To dlatego odwołano z prowincji skrybów przepisujących pracowicie ?Acta Publica? i zaczęto dostarczać je wprost z Rzymu?

Oczami wyobraźni zobaczyłem pierwszy akapit ?Wojny galijskiej? Juliusza Cezara odciśnięty w nieskończonej ilości egzemplarzy? Gallia est omnis divisa in partes tres? Galia dzieli się na trzy części? A zaraz obok? ?Od założenia Miasta? Liwiusza? ?Dziesięć ksiąg o nauce? Warrona? ?O naturze wszechrzeczy? Lukrecjusza? ?Dialogi? Seneki? ?Dzieje? Tacyta? ?Mechanika? Herona? ?Ciało człowieka? Sammonika?  Tysiące tomów, stojące równo na półkach, niczym doborowe centurie legionistów.

- Biblioteka w każdym mieście? ? wyszeptałem drżącym głosem.

- Co to, to nie! ? zaoponował Kommodus Antoninus. ? Nie tak szybko. Jak mawiali nasi przodkowie: ?Litera uczy, ale litera też szkodzi?. Tysiąc ksiąg może być gorszą bronią niż tysiąc sztyletów. Słowa mogą zabijać równie dobrze jak naostrzone miecze. Nie wierzysz? Agenorze, przynieś ?Krytykę naszej historii?!

Antoniusz Agenor posłusznie znów zniknął za drzwiami. Tym razem przez dłuższy czas staliśmy sami, naprzeciwko siebie: cezar i ja, namiestnik jednej z jego prowincji. On spoglądał na mnie, a ja spoglądałem na niego. Nie odzywaliśmy się do siebie. Kiedy Agenor wreszcie wrócił, cezar przejął od niego księgę w drewnianej oprawie, długo wertował strony, mrucząc coś niezrozumiale, aż wreszcie znalazł to, czego szukał, podał mi i polecił:

- Czytaj.

Zacząłem bezgłośnie czytać:

 Oto znamiona naszych czasów ? wszystko, co stworzyli ludzie, ulega przekształceniom niczym glina w rękach garncarza, a wszystko, co boskie jest odzierane ze znamion świętości.  Nagle oglądamy swoje życie takim, jakie ono jest w rzeczywistości, a nie takim, jakie powstaje w naszych wyobrażeniach. Potrzebujemy milionów rąk do pracy, nieprzebranych zasobów ziemi, złota, drewna i żelaza, a nade wszystko ? ust, które to wszystko pochłoną, wnętrzności, które to przetrawią i pękatych, brzęczących trzosów, które za to wszystko zapłacą. Dręcząca potrzeba ustawicznego poszukiwania miejsc, gdzie możemy spieniężyć uformowane w skarb nawet najsmrodliwsze łajno, gna nas od krańca do krańca ziemi, od oceanu do oceanu. Musimy się wszędzie pojawić, obwąchać każdy kąt, ustanowić swoje panowanie, a następnie rozejrzeć się za nową ofiarą. Mówimy wszystkim,  jak mają myśleć, co produkować i spożywać. Przekonujemy całe narody, aby uznały wykreowaną przez nas rzeczywistość za własną, jeśli nie chcą zostać unicestwione. Zmuszamy je, aby wprowadziły u siebie nowe prawo i obyczaje, co oznacza, że muszą one stać się  r z y m s k i e. Innymi słowy, stwarzamy nowy, własny świat na obraz i podobieństwo swoje, zastępujemy bogów i boginie, uśmiercamy dotychczasową filozofię i etykę. Kreujemy od podstaw samych siebie w nieuporządkowanym, chaotycznym, jednoczesnym akcie stworzenia i przemiany?

- Wystarczy, namiestniku.

Czułem jak zlewa mnie zimny pot. Chciałem oddać księgę cezarowi, ale on jej nie przyjął i powiedział:

- To dla ciebie, zatrzymaj ją, mam kilka innych egzemplarzy. Niby nic takiego, prawda? Niby tylko słowa? Niby zwykły opis rzeczywistości? I na dodatek można by się w tym wszystkim doszukiwać jakiejś pochwały naszego sposobu życia. Ale co się stanie, jeśli przeczyta to ktoś, komu ta nasza rzeczywistość nie odpowiada? Jeśli pod wpływem tego, co przeczyta, zacznie myśleć na opak? Jeśli zacznie o tym rozpowiadać gdzieś na krańcach Imperium, dajmy na to? w Sarmacji? Albo, co gorsza, w samym Rzymie? Co wtedy, namiestniku? Czujesz jaką siłę oddziaływania mogą mieć takie słowa? One mogą służyć wszystkim, zarówno naszym przyjaciołom, jak i naszym wrogom. Mogą być tarczą i mieczem jednocześnie. Dlatego zanim pozwolę, by ktokolwiek mógł odciskać księgi, gdzie tylko zechce i kiedy tylko zechce, bardzo głęboko się nad tym zastanowię. Bardzo głęboko. Bo akurat teraz nie potrzeba mi tumultu w senacie i zgiełku na ulicach rzymskich miast.

Przypomniałem sobie jak kilka lat temu wyprowadził na ulice Rzymu pretorianów, by rozprawić się z plebsem, domagającym się darmowego zboża i trzydziestodniowych igrzysk, mających uczcić koniec wojny z Partami. Zgiełk na ulicach to nie było coś takiego, co by go mogło wystraszyć. Więc o co mu chodziło?

- Ideą twojego panowania była jak dotąd walka z ciszą ? zwróciłem nieśmiało uwagę. ? Sam to tak kiedyś nazwałeś, cezarze.

Spojrzał na mnie z uznaniem.

- W ciszy tym bardziej donośnie zabrzmi moje wezwanie do nieskrępowanego wyrażania myśli ? odrzekł.

- Pod warunkiem, że nie zabraknie odważnych do zabrania głosu.

- Moja w tym głowa, by właśnie tak się stało. Po to przyjęliśmy zasadę, że karać będziemy tylko za czyny, a nie za to, co kto myśli.

- Kto jest autorem ?Krytyki naszej historii?? ? zapytałem po chwili zastanowienia.

- Kasjusz Dion, prefekt mojej kancelarii.

Zrobiłem wielkie oczy.

- Tak, tak ? cezar roześmiał się, machnąwszy ręką. ? Panuję już przeszło czterdzieści lat i zdążyłem się pewnych rzeczy nauczyć. Kasjusz, gdyby go zapytać, pewnie przysiągłby, że gotów jest się za mnie dać pokrajać, ale wiem też z doświadczenia, że gdyby kiedyś przyszło mu do głowy coś dziwnego, to lepiej mieć go po swojej stronie. Jesteś głodny, Lentiwiuszu Katello?

- Nie, cezarze.

- Ale pewnie zastanawiasz się, dlaczego zanudzam cię tymi wszystkimi opowieściami?

Spojrzałem głęboko w oczy Kommodusa. Były zapadnięte i podkrążone. Albo niedawno wyszedł z zapaści, albo były to objawy jakiejś innej choroby.

- Dawno nie byłem aż tak podekscytowany, cezarze.

Kommodus roześmiał się głucho.
- Bez zbytniego wysiłku podtrzymam cię w tym stanie ducha jeszcze przez najbliższe tygodnie. No, to jak, zjesz ze mną kolację, czy wzgardzisz suszoną rybą i kobylim mlekiem?

 

audio

posłuchaj fragmentów książki

Oium - nagranie #1

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (4.7 MB)

Oium - nagranie #2

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (4.9 MB)

Oium - nagranie #3

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (5.1 MB)

Oium - nagranie #4

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (5.0 MB)

Oium - nagranie #5

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (5.1 MB)

Oium - nagranie #6

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (5.3 MB)

Oium - nagranie #7

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (5.7 MB)

Oium - nagranie #8

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Pobierz (5.8 MB)

recenzje i opinie

recenzje

malynosorozec, czyli mały nosorożec o książkach - blog

yellow

Wizja Rzymu innego niż ten znany z podręczników. Rzymu, na czele którego stoi genialny następca Marka Aureliusza - Kommodus. Rzymu, w którym legioniści korzystają z samopałów, lunet i kompasów. Rzymu, w którym nauka pozwala na wynalezienie między innymi prasy drukarskiej, a miasta Imperium rozkwitają. (...) Najlepsza książka (wraz z drugim tomem) o Imperium Rzymskim. Zdecydowanie warta polecenia.

przejdź do strony

eRCea / Robert Czekański

yellow

Jarosław Błotny zafundował nam danie niezwykłe? niczym alchemik odmierzył w doskonałych proporcjach i zmieszał w swej powieści starożytny (acz zaskakująco nowoczesny) Rzym...

przejdź do strony

ight="28" />

Secretum

yellow

Barwne i wyraziste zderzenie dwóch światów - Rzymian i barbarzyńców - ukazuje się nam w plastycznych pejzażach, niczym prawdziwa historia ziem Europy.

przejdź do strony

Obliczakultury.pl

yellow

Literacki Rzym jest naprawdę niezwykłym miejscem, a poznawanie kolejnych jego obliczy to doskonała rozrywka.

przejdź do strony

Fantasy Book

yellow

Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, a wizja, którą przedstawia autor jest bardzo wiarygodna i spójna...

przejdź do strony

Nowości

yellow

Rzymianin z armasem - historia pomieszana z fantazją w krwawy, ale i pouczający koktajl...

 

przejdź do strony

Piasek w trybach

yellow

Przyznam, że ta książka pokazała mojemu wybujałemu Ego, że naprawdę, wbrew optymistycznemu mniemaniu wszelkich rozumów nie pozjadałem...

przejdź do strony

Wirtualna Polska

yellow

Jarosław Błotny stworzył powieść ze wszech miar interesującą, barwną, wiarygodną i budzącą żywe emocje...

przejdź do strony

LubimyCzytac.pl / Pablos

yellow

Wśród licznych wznowień, w Fabryce Słów wreszcie trafiła się prawdziwa nowość. Powieść mniej znanego (ale to się szybko zmieni!) pisarza, Jarosława Błotnego...

przejdź do strony

Onet.pl

yellow

Bardzo interesująca książka z gatunku historii alternatywnych. Na dodatek sięga po mało wykorzystywane okoliczności ? zarówno jeżeli chodzi o czas, jak i o przestrzeń.

przejdź do strony

Trojmiasto.pl

yellow

Co takiego jest w książce "Wergeld królów" Jarosława Błotnego, że czyta się ją tak dobrze i właściwie połyka w jeden wieczór? Przede wszystkim oryginalny pomysł.

przejdź do strony

Nakanapie.pl

yellow

Jarosław Błotny ma w sobie swobodę owej przewrotnej wyobraźni, która nie boi się złożyć tego, co znane, przemieszać, nadać tworowi inny tok. Sprowadzić na nieznane drogi. Zadawać kłopotliwe pytania, wątpić i zmuszać do myślenia. "Wergeld królów", to nie lekka, swobodna literatura, która tylko przekształca znaną nam, opisaną przez historyków rzeczywistość, to powieść, która zmusza czytelnika do myślenia.

przejdź do strony

Kawerna.pl

yellow

Wergeld królów to solidna pozycja. Świetnie bawiłem się podczas lektury, nie nudziłem się, a ponadto starożytny Rzym mocno zyskał w moich oczach.

przejdź do strony

Merlin.pl

yellow

Zaskakująco przemyślana

Jedna z najbardziej zaskakujących powieści. Świetny warsztat, filozofia, dopracowani bohaterowie... Książka, która pewnie zniknie pod naporem tych, które bardziej "gwałcą i rabują", a szkoda. Dajcie jej szansę! Warto! To nie tylko opowieść o trochę zmienionej przeszłości historycznej, lecz przede wszystkim o człowieku, jego prawach i obowiązkach. O tym jak życie nakłada na nas wypełnienie obietnic.

Marzena Kowalska - Strona recenzenta

 

Magazyn kulturalno-literacki Doza

yellow

Pamiętacie genialną grę Sida Meiera ? Cywilizacja? Mogliśmy się w niej wcielić w największych przywódców świata. Ja najczęściej wybierałem cesarstwo Rzymskie. Zmieniałem bieg historii ? rzymskie legiony korzystały z broni palnej i nowoczesnych technologii, a w cesarskich aglomeracjach powstawała kanalizacja a nawet metro. Odkrywałem nowe lądy, budowałem miasta, tworzyłem jednostki wojskowe, rozpętywałem wojny, rozwijałem naukę, ekonomię i religię, a nawet kilka razy zatknąłem flagę imperium rzymskiego na Księżycu. Zawierałem pakty z sąsiadami, odbierałem wioski barbarzyńskim plemionom, niszczyłem cywilizacje, które stanęły na drodze niezwyciężonego Cezara? Tomasza. Gra wciągała na długie godziny, w czasie których całkowicie pochłaniała mnie alternatywna wizja rozwoju ludzkości. To były świetnie spędzone chwile.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ wspomnienia tamtego okresu powróciły podczas czytania ?Wergeldu królów?, autorstwa Jarosława Błotnego. Tutaj także stykamy się z alternatywną wersją Imperium, tym razem za czasów cesarza Kommodusa. Według historyków ten okrutny i szalony tyran zginął w wieku 31 lat. Według autora tworzącego swoją historię Rzymu, szaleństwo Kommodusa skończyło się, gdy został ranny w czasie walki gladiatorów, jednak rana nie była śmiertelna. Od tego momentu Kommodusa nękają nawroty dziwnej choroby, w czasie których ma wizjonerskie oraz innowatorskie przebłyski. Realizując je doprowadza Imperium do rozkwitu.

Bohaterem książki jest Marek Lentiwiusz Katella rzymski namiestnik Sarmacji, który z rozkazu Cezara prowadzi kolejną wyprawę wojenną na teren dawnej, nieistniejącej jeszcze Polski, od źródeł rzeki Vistuli aż po Ocean Sarmacji, czyli nasze Morze Bałtyckie. Tak jak we wspomnianej na wstępie grze, oddziały wyposażone są w broń palną, armaty, lunety, kompasy, balony? i wiele innych wynalazków Cezara lub jego genialnych pomocników.

Momentami miałem skojarzenie z Silmarilionem, ale w wersji ulepszonej - z dialogami i dramatyczną fabułą. Opisy ziem i zamieszkujących je ludów, choć przecież historycznych, przypominają nieco dzieło Tolkiena, ale oczywiście w o wiele strawniejszej wersji, choć przyznam, że w ?Wergeldzie królów? przydałaby się mapa - ilość plemion zamieszkujących dawną Polskę może przyprawić o zawroty głowy, a lekcji historii nie pamiętam już zbyt dobrze.

Książka trzyma w napięciu a alternatywna wizja jest spójna i ciekawa. Autor imponuje wiedzą historyczną, ale podaje ją we wciągający sposób, unikając suchego wykładania faktów, wszystko okraszone ciekawą fabułą. ?Oium ludu rzymskiego? zapowiada się na bardzo dobry cykl i z dużą przyjemnością sięgnę po kolejną część, a Wam sugeruję przeczytać tom 1 ? ?Wergeld królów?.

Dziękujemy "Fabryce słów" za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Magdalena Głowacka: Magazyn Kulturalno ? Literacki DOZA

 

 

Fahrenheit

yellow

Kiedy rzeka czasu napotyka na swojej drodze przeszkodę, rozdziela się na strużki, a każda z nich płynie w swoją stronę, unosząc pamięć źródła. Historia Imperium Romanum skierowana w nową odnogę przez Jarosława Błotnego jest melancholijnie piękna i przekonywująca.

przejdź do strony

Gildia.pl ? Literatura

yellow

"Wergeld krolów" czyta się doskonale i płynnie. Świetny warsztat pisarski Jarosława Błotnego, dopracowana stylistycznie i merytorycznie opowieść oraz bardzo dobre wyczucie w kwestii rozłożenia akcentów sprawiają, iż mamy do czynienia z pozycją zaskakująco wartościową. Książkę Błotnego docenią nie tylko miłośnicy opowieści o czasach przeszłych. To bardzo dobra lektura i to w uniwersalnym tego słowa znaczeniu. W tych okolicznościach werdykt może być tylko jeden: czytać!

przejdź do strony

opinie czytelników

Jakub Charęziński, blog

blue

Bardzo dobra powieść. Jesteśmy uczestnikiem wydarzeń. Narracja jest oszczędna, a świat poznajemy stopniowo. Całość widzimy z perspektywy jednego bohatera. Wojna, miłość i historia alternatywna. Do tego autor posiada dużą wiedzę na temat antycznego Rzymu. Całość czyta się szybko i przyjemnie, polecam.

 

Szanowny Panie

blue

Chciałbym podziękować zarówno za księżkę, jak i za mapę zamieszczoną na tej stronie. Nie wiem dlaczego wydawca nie zamieścił jej fizycznie w książce, bardzo tego nie lubię, a niestety jest to norma ? fikcyjne światy bez mapy.
Książka rewelacyjna.


Z wyrazami szacunku,
MARCELLUS

Chciałabym także podzielić się swoją opinią

blue

"Wergeld Królów" to historia niezwykła, prawdziwa "uczta duchowa" dla czytelnika. Napisana w sposób fascynujący i tak obrazowy, że czytając przenosimy się oczami wyobraźni w tamten inny, nieznany nam świat.
Imponuje Pan wspaniałą wyobraźnią i niesamowitą wiedzą. Książkę czyta się jednym tchem, starając się nie uronić ani jednego zdania, ani jednego słowa, czy myśli. To książka mądra, skłaniająca do skupienia, myślenia i zastanowienia. WSPANIAŁA.
Czas nad nią spędzony to chwile niepowtarzalne.

ANNA

Moja opinia:

blue

Książkę z dedykacją autora dostałam w prezencie, więc zaczęłam czytać, choć to nie moje klimaty. Ze zdziwieniem z każdą, przeczytaną stroną zaczęłam się wciągać w fabułę i bogate tło historyczne. Głęboka wiedza o tych czasach, niesamowita wyobrażnia w kreowaniu zdarzeń i miejsc pozwoliła stworzyć bardzo interesującą i ciekawą historię alternatywną "co byłoby gdyby". Nowinki techniczne - samopały, armaty, balony tak zgrabnie wplecione nie budziły zupełnie zdziwienia. Czekam na dalszy ciąg. Co wymyśli autor na zdobycznych terenach, to będzie dopiero ciekawe. Super.

Owiesa

List Protagorasa

blue

Postanowiłem do pana napisać, bo w Nowej Fantastyce znalazłem opinię nt. ?Wergeldu królów? autorstwa Wojciecha Chmielarza tak bardzo odstającą od moich odczuć po przeczytaniu tej książki, że zacząłem się zastanawiać o co chodzi. Moje zdziwienie pogłębiło się, kiedy poszperałem w internecie i znalazłem kilkanaście recenzji z różnych źródeł, generalnie bardzo pozytywnych. Nie przypuszczam, żeby pan za nie wszystkie zapłacił albo użył wpływów, które spowodowały, że nagle otoczyli pana tylko życzliwi recenzenci, takie cuda się nie zdarzają, he, he, he. A tu nagle ten Chmielarz. Nie będę owijał w bawełnę, pominę moją prywatną, literacką ocenę pana książki, bo jest wysoka, choć nie wiem czy nie na wyrost, może powinienem zaczekać na ?Purpurę imperatora?? Od razu, kiedy tylko przeczytałem Wergeld wiedziałem, że wątki, w których pojawiają się pierwsi chrześcijanie - coś ich pan nie lubi, co? - wywołają nerwową reakcję i tylko czekać, aż nożyce się odezwą. Moim zdaniem sprawy mają się tak, grzesznika Jacka Piekary nie można już ruszyć, bo jest na topie, a poza tym generalnie, tak naprawdę nie stanowi zagrożenia, bo, ci co go czytają i tak biegają grzecznie w niedzielę na mszę, zaś inni autorzy bujają w obłokach, z których blisko do nieba, więc jakby dobrze ich poewangelizować, to jeszcze wyjdą na ludzi. Pan jest jednak nowy i podkopuje fundamenty, a zło trzeba dusić w zarodku, prawda? Tak więc moim zdaniem recenzent z Nowej Fantastyki musiał znaleźć w ?Wergeldzie królów? coś, co go ubodło do żywego. Według mnie tym czymś jest spójna i wiarygodna, alternatywna historia zachodniej cywilizacji, w której może zabraknąć miejsca dla chrześcijaństwa. A to herezja, proszę pana, nie wiedział pan o tym? Okej, odważny autor literatury s-f nawet ochrzczony w ojczyźnie JP II - powinien być zdolny sobie coś takiego wyobrazić i chwała panu za to. Ale nie Wojciech Chmielarz, co to, to nie. Ten admirator toruńskiej szkoły parafiańszczyzny - jeśli to ten sam Chmielarz, który pojawia się w internecie, jako członek Bractwa Nowego Świata i pisuje recenzje, w których roztrząsa, czy autor jest chrześcijański czy nie, ale wszystko wskazuje na to, że to ten sam - pewnie bardzo żałuje, że Index librorum prohibitorum wyszedł z użycia oraz że nie istnieje już Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, w którym po restrukturyzacji mógłby znaleźć zatrudnienie. Dlaczego jednak napisał negatywną recenzję, nie przyznając z czego bierze się jego ocena i dlaczego wykorzystuje do tego ?Nową Fantastykę?? Może się wstydzi? Albo działa z przyczajki? A może niektórzy po prostu tak mają, że piszą nie to, co chcieliby naprawdę napisać? W sumie to też niezły przyczynek do dyskusji o stanie rynku recenzenckiego polskiej literatury s-f, prawda? Bo to, że pana książka jest nudna, to ostatnia rzecz, jaką jej można zarzucić. Ja osobiście poproszę o więcej takiej nudy. Lubię, kiedy nuda rozgrzewa mi mózgownicę.

P.S. Może właśnie rozgrzane mózgownice to coś, czego obawia się Chmielarz?

Tak naprawdę napisałem do pana, by zapytać, jakie są pana odczucia w tej sprawie i czy podążam właściwym tropem? Czasem lubię sobie tak podetektywić.

Pozdrawiam
Protagoras

Napisz Swoją Opinię

Czytałeś książkę? Masz na jej temat własne zdanie?
Napisz o tym!

 

* ? pola wymagane